Krwawy południk, albo wieczorna łuna na zachodzie – Cormac McCarthy

krwawy południk cormac mccarthy

Tłumaczenie: Robert Sudół

Moja wiedza na temat dzikiego zachodu, tego amerykańskiego Dzikiego Zachodu, pochodzi z oglądanych swego czasu westernów, a to Rio Bravo, a to W samo południe, Siedmiu wspaniałych, Silverado czy Wyatt Earp, jest tego więcej, ale przecież nie o listę chodzi. Książkowo tylko Winnetou przychodzi mi na myśl, w duecie ze szlachetnym Old Shatterhandem. Naturalnie dyżurny kowboj John Wayne czy Clint Eastwood jako szlachetni pogromcy złodziei i bandytów oraz złych Indian. Krótko mówiąc, bardzo romantycznie i z jasnymi zasadami jawił mi się okres kolonizowania ziem Indian i Meksyku przez dzielnych Waynów i Eastwoodów. Gdzieś tam na peryferiach wiedzy przyswojonej, wiedziałam, że historia kolonizowania czy anektowania kolejnych terenów wyglądała zupełnie inaczej, ale dopiero Krwawy południk uświadomił mi, jak to naprawdę było i nie mam powodu, by autorowi nie wierzyć. A było strasznie.

Historia, którą McCarthy opisał, ma miejsce w XIX wieku i zaczyna się w 1849 roku. Na pograniczu USA i Meksyku, w Teksasie, który ma już nowego właściciela, rozpoczyna się krwawa eksterminacja plemion indiańskich, pacyfikacja ludności meksykańskiej, a kiedy chwilowo brak tubylców, z upodobaniem mordowani są ci, którzy zapłacili za ochronę, ot tak, dla sportu. Komando pod przywództwem Johna Joela Glantona, jest zbieraniną wszelkiej maści indywiduów, a mówiąc bardziej ludzkim językiem, bandą najemnych morderców i psychopatów, mordującą, gwałcącą i skalpującą za pieniądze wszystko co się rusza. Wśród nich poznamy Dzieciaka, któremu obrażony ojciec nawet nie nadał imienia, bo przez niego umarła matka wydając go na świat, niedoszłego księdza, czarnego najemnika, czerwonych tropicieli ze szczepu Delaware czy sędziego Holdena, tajemniczą, ale też  najbardziej okrutną i bezwzględną postać powieści.

Nie ma w tej powieści złych i dobrych bohaterów, czarnych i białych charakterów jak to w westernach. Owszem sceneria jak najbardziej westernowa, tylko inni bohaterowie i szeryfa brak. Źli, brutalni, psychopatyczni biali, mordujący z wyjątkowym okrucieństwem niemowlęta, kobiety i dzieci, kopulujący z umierającymi lub trupami, skalpujący i Indian i białych. Odwet Indian równie brutalny i wściekły. Odrażające zbrodnie w wykonaniu jednych i drugich to popis umiejętności pisarskich McCormaca. Bo cała powieść to jedna wielka masakra ludzi, opisana szczegółowo, z detalami, nic nie zostaje oszczędzone czytelnikowi. Rozbijanie głowek niemowlętom, obcinanie genitali mężczyznom, dekorowanie siebie zdartą ludzką skórą, czy naszyjnikami z uszu, krew, brud i smród na każdej stronie książki.

Dziki Zachód w najbardziej mrocznej i brutalnej odsłonie, o jakiej niewielu słyszało. Nagromadzenie w jednej powieści tylu makabrycznych zbrodni, tyle zła i nienawiści, korowód ludzkich śmieci, a potem krok po kroku towarzyszenie w tej bezsensownej okrutnej wojnie jako czytelnik z wypiekami na policzkach, to majstersztyk pisarski McCormaca. Powieść czyta się z zapartym tchem, mimo, że opis scen powala, dosłownie. Odbrązowienie mitu podboju Dzikiego Zachodu kafarem, błyskawicznie uświadamia, jak naprawdę było z podwalinami amerykańskiego dobrobytu i wiecznej szczęśliwości. A czytelnik po raz nie wiadomo który, przekonuje się, iż określenie czynów ludzkich mianem zezwierzęcenia, jest porównaniem wielce krzywdzącym zwierzęta.

Cudna książka i już czekam na kolejną zapowiedzianą, Strażnik sadu.

 

 

//

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s