Pokaźnych rozmiarów książka, z wabiącym na okładce zdaniem – „Fascynująca saga żydowskiej rodziny”. Trudno oprzeć się takiej zachęcie, tym bardziej, że to dekadenckie lata 20 ubiegłego wieku w Berlinie, narodziny faszyzmu , II Wojna Światowa i nowy porządek po globalnym Armageddonie.
Po przegranej Wielkiej Wojnie, Republika Weimarska boryka się nie tylko z reparacjami wojennymi, ale też z szalejącą inflacją, bezrobociem i powszechną nieufnością wszystkich do wszystkiego. W roku 1920, w berlińskim szpitalu przychodzą na świat dzieci, wśród których będą też bliźnięta żydowskiej niemieckiej rodziny, co zostanie skrupulatnie w annałach szpitala odnotowane. A ponieważ dokumentacja szpitalna odegra istotną rolę w przyszłości godzinnych zaledwie noworodków, więc dajmy im kilka lat spokoju i pozwólmy młodym rodzicom cieszyć się macierzyństwem. Młody tata jest jazzmanem, mama za chwilę będzie lekarzem, a bliźniacy i ich dwie koleżanki od najmłodszych lat trzymają się razem, tworząc nieformalny klub.
W ten oto sposób poznajemy bohaterów powieści Eltona, towarzysząc im przez kilka dekad w Berlinie i Wielkiej Brytanii, w dobrych, złych i najgorszych z możliwych latach XX wieku. Bo trzeba też wiedzieć, że równolatkami naszych bohaterów, jest również NSDAP, najpierw raczkująca, potem coraz wyżej podnosząca głowę, siedząca cicho w dobrych i szalonych latach 20 i 30, gdzie pieniądz robił pieniądz, a ludziom zaczynało się żyć wcale znośnie.
Czytając o dekadenckim Berlinie, nocnych szaleństwach, codziennym trudnym, ale idącym ku lepszemu życiu berlińczyków, na myśl przychodzi „Kabaret” Boba Fosse’a i „Zmierzch Bogów” Viscontiego. Tyle, że ta powieść to zaledwie substytut wspomnianych dzieł. Namiastka tego, czym mogłaby być ta książka, a nie jest. Cóż z tego, że udało się Eltonowi stworzyć nawet kilka nietuzinkowych postaci, niezły pomysł na atrakcyjną i ciekawą fabułę, skoro niewiele z tego wynika. Bohaterowie sztampowi i nazbyt przewidywalni w swoich poczynaniach, tło społeczne, historyczne i religijne oczywiste i wyjątkowo biało-czarne, bez niuansów i niedomówień. Elton nie bawi się słowem i nie próbuje uwodzić wymyślną akcją. Opowiada co ma opowiedzieć z łopatologicznym zacięciem i determinacją, w rytm marszu podkutych buciorów, jak czasy, w którym umieścił fabułę. Nużą miłosne przepychanki bliźniaków, drażnią dziewczyny, a zwroty akcji w finale są zwyczajnie niewiarygodne, zahaczając o marny kicz. Że nie wspomnę o słownych wtrętach typu „baby”, czy „man”.
W posłowiu, pisarz mówi, tu cytat: „Powieść ta jest fikcją, ale częściowo zainspirowaną moją historią rodzinną”. Pomyślałam, że chyba lepiej by było, gdyby autor dzieła całkowicie skupił się na tamtych wydarzeniach, darując sobie całą oferowaną w „Dwóch braciach” fikcję.