Martwi za życia – Graham Masterton

Tłumaczenie: Anna Dobrzańska

Czytelniczą przygodę z Grahamem Mastertonem zaczęłam od „Manitou”, w zamierzchłych czasach wydanym przez wydawnictwo Amber i na tej serii eksplorację powieści autora zakończyłam. Po latach chęć odnowienia przykurzonej znajomości zaowocowała lekturą „Martwi za życia” i doprawdy sama o mały włos tego nie doświadczyłam.

Oto irlandzkie Cork przeżywa największy w swojej historii zalew narkotyków i dopalaczy. Mieszkańcy miasta młodzi i starzy, studenci i młodzież szkolna, bez problemu mogą kupić zakazane używki, a policja jest bezradna. Katie Maguire, detektyw nadkomisarz, obłożona papierkową i terenową robotą oraz problemami rodzinnymi, dwoi się i troi, by sprostać policyjnym zadaniom. Jakby kłopotów było mało, zaczynają znikać bez śladu młodzi ludzie oraz uaktywnia się gang kradnący rasowe psy.

I tak „Martwi za życia”, z obiecującym tytułem i interesującym początkiem, po kilku rozdziałach staje się zbiorem nic nie wnoszących opisywanych wydarzeń. Wydarzeń, który w zamierzeniu autora mają szokować swoją brutalnością i krwawymi szczegółami, intensywnym śledztwem, a przy okazji z „ludzkiej” strony pokazać twarz głównych bohaterów. I nic z tego nie wyszło.

Zaklinanie rzeczywistości, że „Martwi za życia”, to znakomita, a nawet dobra powieść kryminalna jak czytam tu i ówdzie, to ogromne nadużycie. Książka jest zwyczajnie zła. Bo jak inaczej potraktować wyjątkowo słabo poprowadzone policyjne śledztwo, w którym nic się nie klei, policjanci to modelowe fajtłapy, a bandyci i złodzieje z takim towarzystwem wygrywają w cuglach. Albo szokowanie wymyślnymi torturami stosowanymi na zwierzętach, czy sadystyczne, trwałe okaleczanie ludzi, trwające przeszło 400 stron i nic z tego nie wynikło dla nikogo, oprócz poszkodowanych. Makabryczne tortury przeplatane są rozdziałami scen seksu bohaterów, z których niewątpliwie autor musiał być dumny. Nie za bardzo wiem, co to miało być, instrukcja obsługi pary kochanków w łóżku, czy jeszcze coś innego. I jeszcze nieudane wprowadzenie na scenę byłego kochanka bohaterki. Postać zbędna, choć nieźle skonstruowana i przedstawiona, deprecjonowana przez naszą bohaterkę, co wyjątkowo źle odebrałam.

Mocny gniot.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s